Poniedzialkowe spotkanie w Klubie Ronina składało się z dwóch części. W pierwszej szef klubu Józef Orzeł zrobił polityczny przegląd wydarzeń tygodnia. W drugiej części było spotkanie z okazji 15-lecia Stowarzyszenia Solidarni2010, którego prezesem jest Ewa Stankiewicz Jorgensen.

cz. 1 - Przegląd tygodnia - Józef Orzeł

Spotkanie w Klubie Ronina, prowadzone przez Józefa Orła, było w istocie bardzo osobistą, momentami emocjonalną analizą tego, co – jego zdaniem – dzieje się dziś z polską polityką zagraniczną, bezpieczeństwem i relacjami z USA, Niemcami i Ukrainą. Orzeł nie tylko referował fakty, ale cały czas je interpretował, wyraźnie pokazując własną tezę: że rząd Donalda Tuska świadomie psuje relacje z Ameryką i wpycha Polskę w zależność od Berlina i Paryża, co uważa za skrajnie niebezpieczne.
Punktem wyjścia była wypowiedź Włodzimierza Czarzastego, którą szef klubu Ronina odczytał jako pierwszy sygnał strategicznego zwrotu Polski przeciw USA. Co ciekawe, za najbardziej przenikliwą analizę tej wypowiedzi uznał nie głosy prawicy, lecz tekst Leszka Millera. W jego ocenie Miller – choć jest politycznym przeciwnikiem Czarzastego – trafnie pokazał, że było to wystąpienie wyraźnie antyamerykańskie i zgodne z linią „prounijną i protuskową”. Orzeł widzi w tym element większego planu: Tusk i jego otoczenie, tacy jak Sikorski czy Giertych, mieli uznać, że Trump straci władzę po wyborach połówkowych w USA, a więc bardziej opłaca się postawić na Niemcy i Unię niż na Amerykę. Zdaniem Orła to hazard na bezpieczeństwie Polski, bo USA – niezależnie od tego, czy rządzi Trump czy nie – pozostają jedynym realnym militarnym gwarantem Europy Środkowej.
Szef Klubu Ronina bardzo mocno podkreślał, że narracja o „amerykańskim odwrocie z Europy” jest fałszywa. Odwoływał się do amerykańskich dokumentów strategicznych, zwłaszcza tych tworzonych przez środowisko wiceprezydenta Vance’a, które – jego zdaniem – wyraźnie pokazują, że Waszyngton widzi sojuszników nie w Berlinie i Paryżu, lecz właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej, z Polską jako kluczowym państwem. W tej optyce Ukraina nie jest dla ekipy Trumpa strategicznym sojusznikiem, lecz raczej problemem i potencjalnym polem interesów gospodarczych po wojnie. To z kolei – według Orła – daje Polsce historyczną szansę, by stać się głównym partnerem USA w regionie. Tym bardziej niezrozumiałe i szkodliwe wydaje mu się działanie rządu Tuska, który tę kartę świadomie odrzuca.
W tym kontekście przywołana została też rozmowa Tomasza Wróblewskiego z Patrycjuszem Wyżgą. Orzeł był wyraźnie zaskoczony tym, jak ostro Wyżga wystąpił w obronie Czarzastego, twierdząc, że ambasador USA nie ma prawa „straszyć” Polski wycofaniem Amerykanów. Dla Orła była to nie tylko dziennikarska opinia, ale dowód na to, jak silne stały się w polskich elitach poglądy antyamerykańskie. Wróblewski – w relacji Orła – tłumaczył, że z punktu widzenia USA Europa jest ważna przede wszystkim jako obszar bezpiecznego handlu i szlaków morskich, a po osłabieniu Rosji w wojnie z Ukrainą Amerykanie uznali, że Europa Zachodnia sama powinna sobie radzić z Moskwą. Orzeł widzi w tym dramatyczną naiwność Zachodu, bo – jak twierdzi – Niemcy i Francja w razie kryzysu raczej będą szukały porozumienia z Rosją niż realnej konfrontacji.
To prowadziło go do krytyki polityki Emmanuela Macrona i całej idei „europejskiej autonomii strategicznej”. Orzeł uważa ją za propagandę, za którą kryją się bardzo konkretne interesy. Jako przykład podał lobbing francuskiego koncernu EDF, który razem z rosyjskim Rosatomem chce produkować paliwo jądrowe w Niemczech. Dla niego to symbol hipokryzji: z jednej strony Paryż mówi o uniezależnianiu się od Rosji, a z drugiej buduje z nią atomowe interesy na niemieckiej ziemi. W tym sporze Friedrich Merz miał – według Orła – zachować więcej zdrowego rozsądku, krytykując ten pomysł jako niebezpieczny i nierozsądny.
Osobny, emocjonalny wątek dotyczył prawicowych mediów. Orzeł był mocno rozczarowany rozmową Piotra Zychowicza z Wojciechem Szewką w kanale „Historia Realna”. Choć Szewko uchodzi za kompetentnego znawcę Bliskiego Wschodu, Orzeł uznał jego wystąpienie za skrajnie antyamerykańskie i antyukraińskie, co skojarzyło mu się z tym, co kiedyś nazywał „rosyjskim wpływem”. Przyznał jednak uczciwie, że po wojnie w Gazie krytyka Izraela przestała być jednoznacznym wyznacznikiem takich postaw, ale jego zdaniem wrogość wobec USA i Ukrainy wciąż powinna zapalać czerwone światło.
Na tle wielkiej geopolityki pojawiły się też sprawy krajowe. Robert Mazurek został pochwalony za brutalną krytykę władz Radomia, które rocznicę Czerwca 1976 chciały uczcić balem i zabawą taneczną. Józef Orzeł uznał to za moralny skandal i dowód na kompletną degrengoladę wrażliwości rządzących. Rząd Tuska skrytykował też za wdrażanie Krajowego Systemu e-Faktur – projektu, który jego zdaniem łamie tajemnicę handlową i tworzy państwową inwigilację przedsiębiorców, choć paradoksalnie przyznał, że to rozwiązanie było wcześniej popierane również przez PiS.
Silne emocje wzbudziła w nim również sprawa oficera SOP, który groził śmiercią dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi. Dla Orła to była afera na miarę państwa policyjnego, która została zamieciona pod dywan.
Na końcu spotkania szef Klubu Ronina wrócił do spraw wojskowych. Bardzo krytycznie odniósł się do projektu „Tarczy Wschód” i planowanego muru antydronowego za 15 miliardów złotych, uznając go za przestarzały już w momencie projektowania. Jego zdaniem przyszłość wojny to autonomiczne roje dronów, czego dowodem są doświadczenia z Ukrainy i Rosji. W tym kontekście z entuzjazmem mówił o polskim startupie Eleven Labs, który rozwija systemy antydronowe oparte na sztucznej inteligencji – tańsze i nowocześniejsze niż państwowe projekty. Z nadzieją, ale i sceptycyzmem, odniósł się do zapowiedzi Tuska o wspólnych polsko-ukraińskich fabrykach broni, bo – jak przypominał, powołując się na Bartosza Bartosiaka i Marka Budzisza – Ukraina gra na kilka fortepianów naraz: z USA, Niemcami i Polską, a nie zawsze chce postawić na Warszawę.
Całość była więc nie tylko przeglądem wydarzeń, ale ostrzeżeniem: Józef Orzeł widzi Polskę stojącą przed strategicznym wyborem między Ameryką a niemiecko-francuską Europą i jest przekonany, że obecny rząd wybiera drogę, która może skończyć się dla kraju bardzo źle.
cz. 2 - 15-lecie Solidarnych2010 - prowadzenie: Ewa Stankiewicz i Jan Pospieszalski.

Spotkanie z okazji 15-lecia środowiska „Solidarni 2010” w Klubie Ronina miało charakter zarówno jubileuszowy, jak i rozliczeniowy i refleksyjny. Była to próba odpowiedzi na pytanie, co właściwie wydarzyło się po katastrofie smoleńskiej, jaką rolę odegrali wówczas dziennikarze, państwo i obywatele oraz dlaczego – mimo ogromnego społecznego poruszenia – prawda nie została do dziś w pełni wyjaśniona.
Ewa Stankiewicz od początku była w samym centrum walki o wyjaśnienie Smoleńska. Podkreślała, że „Solidarni 2010” nie byli zwykłym ruchem protestu, ale spontaniczną reakcją ludzi, którzy zobaczyli, że państwo zawiodło w chwili próby. W jej ujęciu Smoleńsk był nie tylko tragedią, lecz także testem suwerenności Polski – i ten test został oblany. Wskazywała na rolę mediów głównego nurtu, które jej zdaniem od początku narzucały narrację zgodną z interesami władzy i Rosji, marginalizując pytania o odpowiedzialność, śledztwo i wrak. W jej wypowiedziach wyraźnie pobrzmiewało rozczarowanie tym, że po 2015 roku – mimo zmiany rządu – nie doszło do przełomu porównywalnego z nadziejami ludzi, którzy przez lata wychodzili na Krakowskie Przedmieście.

Ewa Kochanowska (wdowa po Januszu Kochanowskim, który zginął w Smoleńsku) mówiła o swoim doświadczeniu walki o prawdę po Smoleńsku i o tym, jak państwo potraktowało rodziny ofiar. Podkręsliła, że na początku wierzyła, że w Polsce istnieją procedury, instytucje i urzędy, które po takiej tragedii „same wiedzą, co robić”. Smoleńsk zderzył ją z rzeczywistością: zobaczyła chaos, obojętność i systemowe unikanie odpowiedzialności. Odwoływała się do procesu Tomasza Arabskiego i innych urzędników, który w jej ocenie był jedyną namiastką realnego postępowania, ale i on dziś został zablokowany przez skład sędziów, których nazwała „paleosędziami” – ludzi starego systemu, odrzucającymi wszystko formalnie i proceduralnie. Z goryczą podkreślała, że urzędnicy odpowiadają z wolnej stopy, bez realnych konsekwencji.

Najmocniejszy element jej wypowiedzi dotyczył samego Smoleńska: Kochanowska mówiła wprost, że dla niej zabicie głowy państwa, zwierzchnika sił zbrojnych i generalicji jest oczywistym dowodem zamachu, i że w prywatnych rozmowach wiele osób w Polsce doskonale to rozumie. Cała reszta – śledztwa, raporty, spory – to w jej ocenie „mgławica”, czyli zacieranie śladów i propaganda. Najbardziej wstrząsające było to, co powiedziała o ostatnich decyzjach sądów: rodziny ofiar Smoleńska nie są uznawane za pokrzywdzonych, a więc nie są stroną w procesie przeciwko Arabaskiemu i innym urzędnikom. W praktyce – jak mówiła – oznacza to, że „nie ma sprawy”, bo ci, którzy stracili bliskich, zostali prawnie wykluczeni z postępowania.

Poproszony o wypowiedź Jan Pietrzak powiedział, że najważniejsze jest ocalenie pamięci o ludziach, którzy od 15 lat szukają prawdy o Smoleńsku. Zwrócił się bezpośrednio do Ewy Stankiewicz i zaproponował, by środowisko Solidarnych 2010 ustanowiło coś w rodzaju „nagrody” albo „medalu Obrońcy Prawdy Smoleńskiej” – na wzór historycznych odznaczeń jak „Obrońcy Lwowa” czy „Obrońcy Warszawy”. Chodziło mu o to, żeby pokazać publicznie, że istnieje ciągłość polskich spraw narodowych i że Smoleńsk do nich należy, a nie jest „niewygodnym epizodem”, który można zamieść pod dywan po zmianie władzy. Mocno podkreślił, że prawda nie może zależeć od politycznej wygody. Powiedział wprost, że rządy – nawet te udające życzliwość wobec sprawy Smoleńska – wycofywały się, bo to było „niewygodne politycznie”. Dla niego to była forma zdrady: o takich sprawach trzeba mówić bez względu na koniunktury, układy i naciski zagraniczne. Najostrzejsza była jego teza, że Smoleńsk był testem bezkarności. Według Pietrzaka ci, którzy odpowiadają za tę zbrodnię, sprawdzili w 2010 roku, że mogą zniszczyć państwo i nie poniosą konsekwencji – i dlatego dziś „mogą wszystko”: niszczyć Polskę, gospodarkę, edukację, rolnictwo. W jego logice Smoleńsk nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz początkiem ciągu zła, który trwa do dziś.
Na koniec zaśpiewał a cappella „Balladę smoleńską”. Jej sens był jednoznaczny: Smoleńsk to „Katyń II”, zamordowanie polskiej elity państwowej, a nie wypadek. W balladzie mówił o locie z wieńcami do Katynia, o „nieludzkiej ziemi”, o śmierci prezydenta, o ludziach modlących się pod krzyżem i o tych, którzy ich wyszydzali. Całość kończy się gorzką puentą, że każdy musi sobie „dośpiewać przesłanie”, bo od tego zależy przyszłość Polski.

Na temat katastrofy smoleńskiej wypowiadali sie także naukowcy: prof. Piotr Witakowski (współorganizował konferencje smoleńskie) a także Tomasz Ziemski i Glen Jorgensen - eksperci Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem.
Hanna Dobrowolska mówiła z kolei z perspektywy dziennikarskiej i dokumentalnej. Akcentowała, że Smoleńsk był momentem, w którym polskie media – zamiast kontrolować władzę – w ogromnej części stały się jej tubą. Zwracała uwagę na mechanizm ośmieszania, marginalizowania i stygmatyzowania ludzi zadających pytania. W jej opinii „Solidarni 2010” stworzyli przestrzeń, w której możliwe było mówienie rzeczy zakazanych w głównym obiegu, a to miało znaczenie nie tylko dla Smoleńska, ale dla jakości polskiej debaty publicznej w ogóle. Dobrowolska podkreślała też, że trauma 2010 roku wciąż działa w społeczeństwie – jako nieprzepracowana rana, która wpływa na zaufanie do instytucji państwa.

Wypowiedzi innych osób związazanych z działalnościa środowiska uzupełniały ten obraz. Wskazywano, że „Solidarni 2010” byli ruchem bardzo różnorodnym – od ludzi wierzących w zamach, przez tych, którzy po prostu nie ufali oficjalnemu śledztwu, po osoby, które przyszły z poczucia moralnego sprzeciwu wobec sposobu potraktowania ofiar i ich rodzin. Pojawiała się też gorzka refleksja, że to wielkie obywatelskie przebudzenie zostało z czasem rozproszone przez partyjną politykę: Smoleńsk stał się narzędziem walki między PiS a jego przeciwnikami, co odebrało mu wymiar wspólnotowy i moralny.

Wspomniano także o różnych inicjatywach związanych z tym środowiskiem. M.in. o Ruchu Kontroli Wyborów, który powstał po wyborach w 2014–2015 jako obywatelska odpowiedź na utratę zaufania do państwa mówił Paweł Zdun. Dla ludzi związanych z Solidarnymi 2010 Smoleńsk był momentem, w którym zobaczyli, że instytucje nie działają, gdy stawką jest władza. Z tej samej intuicji wyrósł RKW: skoro państwo potrafiło ukrywać lub fałszować prawdę o śmierci prezydenta, to może też manipulować wyborami. Dlatego RKW był budowany jako oddolna sieć tysięcy obywateli, którzy mieli pilnować komisji, protokołów, kart do głosowania i transmisji danych. Nie chodziło tylko o fałszerstwa w stylu „dopisanych głosów”, ale o cały system: od składu komisji, przez sposób liczenia, po informatykę PKW. To była próba stworzenia społecznej kontroli nad państwem, tam gdzie państwo przestało być wiarygodne. RKW odegrał realną rolę w latach 2015–2019: szkolił mężów zaufania, tworzył własne bazy protokołów, wykrywał błędy i nieprawidłowości, zmuszał PKW do większej przejrzystości. Ale podobnie jak ruch smoleński, został później zepchnięty na margines – także przez własny obóz polityczny, gdy władza została przejęta. Dla wielu ludzi tego środowiska to był kolejny dowód, że nawet „swoja” władza nie lubi prawdziwej kontroli obywatelskiej.

W tle spotkania przewijała się również krytyka państwa polskiego – zarówno tego z czasów rządów PO, jak i późniejszego. Wszyscy byli zgodni co do tego, że oddanie wraku Rosji i uzależnienie śledztwa od Moskwy było błędem historycznym, który do dziś ciąży na Polsce. Jednocześnie wyczuwalne było rozczarowanie tym, że po 2015 roku nie udało się doprowadzić do jednoznacznych rozliczeń ani do ujawnienia całej prawdy w sposób, który zamknąłby ten dramatyczny rozdział.
Całe spotkanie miało więc ton melancholijny i krytyczny. „Solidarni 2010” jawili się w wypowiedziach Stankiewicz i Dobrowolskiej jako ruch ludzi, którzy w kluczowym momencie stanęli po stronie godności, prawdy i suwerenności, ale też jako symbol straconej szansy – wielkiego obywatelskiego zrywu, który nie przełożył się na trwałą zmianę państwa i jego instytucji.
Na zakończenie członkowie Solidarnych2010 zapraszali na organizowane przez siebie wydarzenia: marcowe obchody Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych na Cmentarzu Bródnowskim czy kwietniowy Marsz z Portretami Ofiar w rocznicę katastrofy smoleńskiej.